05 marca 2009

laos drugie wrazenie

juz wiem co mi sie podoba w laosie - zwykli mieszkancy. Nie sa nachalni i zawsze usmiechnieci. TAkiego ladunku bezinteresownej zyczliwosci dawno nie doswiadczylem, nawet juz nie pamietam kiedy ostatnio. A byc moze jest to wogole "kraj bez focha"? Wszyscy wygladaja na zbyt szczesliwych i spokojnych. Ciezko powiedziec co tu jest grane, jestem wciaz raptem pare dni czasu, ale podoba mi sie ten nie nerwowy klimacik.
Sam Laos przypomina do zludzenia Tajlandie ale bez tego cfaniactwa i naburmuszenia tajskiego (glownie tajskiego biznesu turystycznego) i bez wolnego rynku bo oficjalnie wciaz panuje tutaj socjalizm. Nie ma tez zadnych miedzynarodowych koncernow na rynku, wiekszosc produktow jest importowana.
I jeszcze mila odmiana od reszty Azji - dzieci wolaja na widok bialego "sebajdi!" co jest odpowiednikiem wyswiechtanego i znienawidzonego "hello!". A dzieci sa przeurocze i smieszne jak w wiekszosci krajow azjatyckich ale im poswiece osobny watek, bo zdjec napstrykalem juz bardzo duzo.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Witam:)
Odnosnie serialu "socking asia", to jedni szukaja fajerwerkow, ekstremum, a mnie interesuje drugi plan:)
To co sie dzieje miedzy slowami.
Porozumienie bez slow.
Przestrzen,ktora plynie z wnetrza drugiego czlowieka(wyjatkowego), tak pochlaniajaca, ze sie juz nic nie slyszy, i jest sie po prostu jak ten gluchy nietoperz:)-mysle o sobie.Cudnie o tym opowiadaja filmy:"Podwojne zycie Weroniki" i "Amelia"(muza jest boska, ale nie znam autora:(.
Wazny jest tez:
Dobry gest,
Usmiech nieznajomego na ulicy:),
Zwykle czesc,hello, czy sebajdi:),
Domowe jedzonko,
Cieplo i zyczliwosc, ktorej doswiadczasz w czasie podrozy,
Zmaganie sie z wlasnym bolem, bezsilnoscia.
Doswiadczenia te, choc tak "male", to jednak sa WIELKIE.
Mozna przezyc rozne tragedie, przygody, a to te "male"rzeczy moga zwalic z nog.
Umiec zaangazowac sie w to co masz przed obiektywem, zachowujac jednoczesnie potrzebny dystans do wyciagania wnioskow, by moc sie dzielic z nami osobistymi spostrzezeniami, to nie jest takie "male cos".
Przypuszczam, ze o tym wiesz:)
"Mala" imprezka, tez jest wazna:))
Pozdr I.
P.S. O swiatowy kryzys kolegi nie podjrzewalam, no no...TO jest dopiero Wielkie;)

borys991@gmail.com pisze...

Anonimowy, potrafisz pieknie ubrac mysli w slowa. Dlatego tak bardzo rzadko pisze o przezyciach wlasnych bo zwyczajnie nie potrafie. Duzo prosciej jest zrelacjonowac co sie dzieje w dzungli lub na syberii. Informacyjnie i dokumentalnie. I ku przestrodze. Zeby ludziska wiedzialy co w trawie piszczy bo jeszcze komus przyjda do glowy podobne ekscesy.
A wszystkie cudowne chwile, male i wieliie, ktore prawie kazdy dzien obfituje zostawiam dla siebie. I tak ma byc. (lekko egoistycznie) I podejrzewam ze czytelnicy doskonale wiedza o co w tym wszystkim chodzi. Prawdopodobnie wielu rowniez podrozuje jak ja lub zastanawia sie za biurkiem w pracy kiedy przyjdzie moment zeby "rzucic to wszystko w cholere" (autentycznie byl taki watek kiedys na travelbicie!). A propo travelbitu - wlasnie tam mozna odnalezc miedzy slowami, miedzy postami, miedzy suchymi informacjami co tych wszystkich ludzi tak naprawde laczy. I oni tez doskonale rozumieja dlaczego bardziej cieszy zyczajne dzieciece "sebeidee!" niz nowy model komorki firmy Apple :-)

Amelia to piekny film, z muzyka Yanna Thiersena. Kiedys prawie mi sie udalo pojsc na jego koncert w wawie ale ...odwolali w ostatniej chwili. Polecam jego ostatnia przepiekna plyte "Tabarly" ilustrujaca losy pewnego francuskiego zeglarza. Wlasnie jej slucham piszac tego posta hehe :)
A z "podwojne zycie weroniki" to klasyk. Nawet muzyka Preisnera jest dosyc ciekawa, chodz polecilbym bardziej jego partyturke do "Bialego" (coz za walczyk!) lub przede wszystkim jego wspolny album z leszkiem mozdzerem, chodz jaki jest tam wklad preisnera to cholera wie, bo sam fortepian mozdzera broni sie koncertowo.

pozdr
borys