17 lutego 2009

przemarsz przez dzungle w Xishuangbanna

Trasa:
Jinghong > Damenlong 15Y
Damenlong > Meisui 15Y
Meisui > Guangming ok 30min pieszo
Guangming > Yakou ok 3godz. pieszo
Yahou > Bulangshan 5-8 godz. pieszo
Bulangshan > Hunghai 24Y
Hunghai > Jinghong 13Y

Po dotarciu do Guangming (20min od Meisui) gdzie zaczyna sie trasa trzeba dobrze wyczaic poczatek wlasciwej sciezki do wioski Yakou.Ja sie troche krecilem bez sensu zanim jakis lokalny podprowadzil mnie dalej w gore na wlasciwa droge.Narysowal mi nawet mapke prowizorke ale w tej plataninie sciezek chwile potem znowu stracilem orientacje. Gdy sytuacja wydawala sie beznadziejna i mialem wracac w dol do wioski, natknalem sie przypakowo na gromadke lokalsow biesiadujacych w zagajniku. Jeden z nich zgodzil sie pojsc ze mna w kierunku Yakou. I zaczelo sie ostre podejscie pod gore (ok 50min). Jak na pierwszy dzien bylo to bardzo meczace wejscie. A z duzym 80 litrowym plecakiem jest to masakra. Upal, waska sciezka, haszcze i muszki. Wszystko na raz. Po dotarciu na szczyt pozegnalem sie z przewodnikiem dajac mu pare yuanow - za co poczestowal mnie wodka :) i dalej poszedlem sam. SZlak zaczal opadac trawersem w dol i po ok 60min ujrzalem pierwsze zarysy wioski polozonej w srodku dzungli. Nocleg znalazlem praktycznie z marszu zagadujac okolicznych mieszkancow. Rodzinka chinska u ktorej wyladowalem nie chciala zadnych pieniedzy za jedzienie i spanie ale dobrym zwyczajem powinno sie zostawic ze 40Y w podziekowaniu. Tak tez zrobilem.
Z samego rana po sniadaniu wyruszylem w strone Bulangshan. Mowia ze przemarsz mozna zrobic w ciagu 6-7 godzin...pod warunkiem ze sie nie zabladzi oczywiscie! Po drodze sa dwa duze skrzyzowania i zywej duszy w okolo. Jesli sie skreci fatalnie i pojdzie dluzej w zlym kierunku to juz sie mozna szykowac do noclegu w puszczy. Po prostu moze nie starczyc sil zeby wrocic do punktu wyjscia. W ten sposob stracilem znowu ze 3 godziny czasu, ponad litr bezcennej wody oraz resztki sil. Co gorsza, mijani po drodze ludzie wskazywali rozne kierunki w strone bulangshan. Trzeba sie bylo 10 razy upewniac zanim sie pojdzie ktoras droga. W koncu znalazlem wlasciwa trase i z mozolem w 30 stopniowym upale, bez prowiantu dotarlem do bulangshan, pokonujac ostatni krotki odcinek na motorze z miejscowym. Bylem rownie wykonczony co szczesliwy ze nie musialem nocowac gdzies w srodku dzungli i czekac na jakiegos stopa (motor). Nastepnego dnia zaspalem i uciekl mi autobus o 9 rano. Wiec zostalem na kolejny dzien aby odpoczac i wyleczyc rany - obtarcia, odparzenia i pecherze po szwankujacym lewym bucie. Organizm wracal do normy ale bardzo powoli.
Ostatni zdzien wyprawy to droga powrotna bulangshan > hunghai. Zostala zbudowana (i ciagle jest ulepszana) przez sam srodek prawdziwej, dzikiej, gestej dzungli. Scenerie prawie filmowe a kazdy zakret to przezycie. Jesli ktos jechal z Seczuanu do SZangri La to wie o co chodzi :)
I jeszcze kilka refleksji na koniec: wychodzenie w klapkach czy kapciach do dzungli to szalenstwo (a byli tacy co rozwazali ta opcje, patrz post nizej :-) A nawet i w ciezkich butach gorskich trudno jest utrzymac rownowage na waskich sciezkach i osypujacych sie zboczach. NAtomiast duzy plecak to prawdziwa proba wytrzymalosci - przede wszystkim jego wymiary przez co trzeba sie doslownie czolgac pod galeziami. Przydalaby sie tez meczeta (moj drugi przewodnik ja mial). I wynajecie przewodnika na miejscu to rowniez nie glupi pomysl.
Widoki po drodze sa niezle ale nie porywajace. CZasami dzungla wyglada jak park jurajski a czasami jak polski las lisciasty. Powiem szczerze ze chodzenie po gorach daje mi wiecej radochy wizualnej. No i nie ma tej dusznosci i zaru z nieba. Natomiast najbardziej spektakularne sa w takiej wyprawie noce i wieczory z milionami gwiazd na niebie i hipnotyzujace odglosy dzungli. Sa to momenty ktore samemu trzeba przezyc i juz.


Obiad i sniadanie u rodziny: trzy duze michy z Tofu (przepyszne), swinina z warzywami (srednie), jakas zielenina w przyprawionej wodzie (dobre). Do tego dowolna ilosc ryzu i orzeszki prazone. I zielona herbata bardzo intensywna (czytaj-w miescie przynajmniej z 10Y za kubek)

moja rodzinka z ktora sie kilka godzin integrowalem: ociec, synek, matka. I jeszcze gdzies w kacie babcia ktoora caly czas siedziala i kaszlala. Sympatyczni ludzie.

wioska Yakou - maja prad ale zyja bardzo oszczednie i wieczorem oprocz telewizorow nie ma praktycznie zrodel swiatla

2 komentarze:

Sebek pisze...

Stary. To jakieś mrożące krew w żyłach opowieści są. Można się wczuć w klimat i pewnie nie tylko ja takie wrażenie odniosłem że mało brakowało... do lepiej nie mówić/pisać czego. Jakoś trudno mi sobie jest wyobrazić noc w dżungli dodam że pod chmurką. Oczywiście.
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i będzie o czym gadać przy piwie. Podobnie jak o niekończącej się opowieść z Zawratu.
Trzymaj się stary!

borys991@gmail.com pisze...

oj bedzie o czym gadac, nakrecilem tez dokument wazki w kilku czesciach moich zmagac z dzungla i samym soba. Jak przekonwertuje to powysylam zainteresowanym.
Noc w dzungli to nic strasznego pod warunkiem ze ma sie wode. Mi poszlo bez sensu z 2litry + 0,5l ale na szczescie znalazlem strumyki i to mnie poratowalo.
A dwoch angoli co wyruszylo dwa dni wczesniej mialo podobne akcje z bladzeniem bo spotkalem ich potem w jinghong bardzo wycienczonych.
Ale stary, naszych ekscesow na zawracie to nic nie pobije :), az mi sie troche teskni za tatrami...